Ta historia jest prawdziwa…
Znajomi moich znajomych mieszkają za miastem, mają całkiem ładny domek i miłych sąsiadów za płotem. Mają też psa – duże, dosyć agresywne bydle.
Któregoś dnia patrzą: A ich pies trzyma w pysku małego psiaka sąsiadów (jakiś York czy coś w tym stylu). Psiak nie dawał znaku życia, potarmoszony, wymięty, krew zmieszana z ziemią… – znaczy się trup. Znajomi się przerazili. Strasznie głupio – pomyśleli sobie. Jak tu się przyznać sąsiadom, że ich bydle zagryzło takiego milutkiego psiaczka…
Wiem, że to zabrzmi groteskowo i nieco strasznie, ale postanowili wyłgać się od odpowiedzialności… Odebrali swojemu bydlęciu tego psiaka, wymyli go pod ogrodowym wężem… wyczesali, wysuszyli suszarką… Później przyczaili się i kiedy sąsiadów nie było w domu, podrzucili tak spreparowane ciałko sąsiadom na trawnik…
Następnego dnia natknęli się na sąsiada, który był nieco zmieszany, nie wiedział co o tym myśleć:
- Dwa dni temu zdechł nam pies. Własnoręcznie go zakopałem w ogródku, a tu proszę… - mówi i pokazuje na czyściutkiego trupa pieska..
Z powodów zawodowych muszę niestety chodzić do kina na polskie filmy. Piszę „niestety”, bo polskie kino jest ostatnio albo siermiężno-buraczane albo artystowskie do bólu. Niezdolni reżyserzy kręcą niedorobione scenariusze. A gra aktorska jest ciosana siekierą. Czasami bronią się operatorzy. Ale i to nie zawsze.
Kwintesencją polskiego kina jest komedia (tragikomedia? farsa? katastrofa?) pod tytułem „Lejdis”.
To historia czterech kobiet w średnim wieku, którym nie układa się w życiu. Są nudne, brzydkie i rozchwiane emocjonalnie. Nie dziwię się, że mają kłopoty z facetami. Każdy normalny facet, kiedy rozpozna w kobiecie pierwszy ślad takiego popieprzenia emocjonalnego – ucieka jak najszybciej.
Z całej czwórki może jedynie Dereszowska jakoś się broni. Co do pozostałych – to nie sposób wykrzesać w sobie cienia sympatii do tych postaci. Największym błędem obsadowym jest Różczka – jej postać klnie ordynarnie, ale za każdym razem widać, że aktorka ma z tym problemy. Że jej po prostu wstyd. Że ledwo jej to przez gardło przechodzi.
Wszystkie twarze aktorek filmowane są na takich zbliżeniach, że widać nawet najmniejsze zmarszczki. Oprócz Dereszowskiej żadna z aktorek nie jest zbyt urodziwa, ale taka maniera operatorska dodaje im co najmniej 10 lat. Ale nie dziwota. Filmując twarz z odległości 10 centymetrów, to nawet 15. letnia rosyjska modelka wygląda na steraną życiem i piciem matkę trojga dzieci.
Bronią się trochę faceci w tym filmie, Kot, Karolak, Szyc i Więckiewicz. Ale oni w są tylko tłem.
O fabule nie będę opowiadał, bo to żenada. Wspomnę tylko, że jak na dłoni widać u autorów filmu hucpiarską chęć połączenia „American Pie” z „American Beauty”. Chcieli momenty komediowe przełamać wzruszającymi motywami „na serio”. Tylko, żeby to nie wyszło pokracznie tak jak w „Lejdis” – trzeba mieć jakąś istotna historię do opowiedzenia, trzeba mieć znakomite wyczucie dramaturgii, trzeba umieć prowadzić aktorów. No i aktorzy muszą wspiąć się na nieco wyższy poziom niż w „Na dobre i na złe”...
Kobiet, prosze państwa, ja nigdy nie zrozumiem...
Nie dalej jak dwa dni temu podwożę jedną koleżankę z pracy moim samochodem. A ona mówi, że podoba się jej bardzo mój samochód.
Mówi: - Ten samochód jest jak filiżanka capuccino...
Dwie lalunie rozmawiają w sklepie przy ciuchach.
- Ja z nim oszaleję - mówi jedna. - Ciągle się kłócimy. Schudłam już z pięć kilo...
- Ej, to po co z nim jesteś? - mówi druga. - Rozstańcie się i będziesz miała spokój.
- Nie, no co ty! Chciałabym jeszcze trochę schudnąć...
Oszaleli z tym tańcem…
Zamiast normalnie uprawiać seks, to zapisują się na kursy tańca. A jedna moja koleżanka, to zapisała się nawet na taniec brzucha… Od razu skojarzyłem, że laska nie ma faceta…
Bo, kurde, taniec to czynność zastępcza…
Czy widzieliście jakiegoś męskiego tancerza? Nie. Jasne, że nie! Bo to wszystko geje. A prawdziwi faceci, to po prostu bzykają panny, a nie latają po parkiecie w opiętych na tyłku spodniach…
Jakże prawdziwe jest rosyjskie powiedzenie: „Ja nie dansjor, ja jebaka!”
Właśnie nabyłem brykę. Jest amerykańska, duża i czarna. Ma chromowane klamki i felgi. W związku z tym, będę miał nareszcie typowo męskie problemy… Będę się zastanawiał ile moja ślicznotka pali… Czy mam już jej wymienić klocki hamulcowe czy jeszcze nie… Czy amerykańskie reflektory są lepsze od europejskich… Albo czy na mojej stacji benzynowej dolewają wody do paliwa… No i nareszcie życie stanie się prostsze, bo zamiast rozmyślać o „bycie” i „czasie” w rozumieniu heideggerowskim – będę rozkminiał czy nie warto założyć na tył przyciemnianych szyb… Więc: bryka zamiast psychoanalityka…
Wyobraźcie sobie, że kilka dni temu stanąłem dosyć niespodziewanie, twarzą w twarz, z panią Ewą Mingę!!!
- To nie twarz – pomyślałem sobie. – To potwarz…
Przyznam szczerze, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. To był taki rodzaj hipnotyzującego zjawiska, które człowieka przeraża, ale od którego nie sposób się oderwać. Te antyzmarszczkowe policzki naciągnięte za uszy do granic możliwości. Te usta wypełnione chlupoczącym kolagenem przy, których byle karpik nie ma szans… Te włosy…
Bardzo ciekawią mnie tacy ludzie, jak pani Ewa Minge… Kiedyś Baudelaire napisał taki interesujący esej o sztuczności - „Malarz życia nowoczesnego”…
Barwienie twarzy, sztuczne cycki itd. – to wyraz chęci bycia „bardziej” niż życie. Ale pani Ewa Minge już chyba przekroczyła tę granicę. Ona nie jest „bardziej”. Ona stworzyła już coś nowego. Ona jest już jak „Obcy” z kosmosu.
Jak mawia słynny reżyser Kazio Kutz - "Dupa jest do s..nia aktor jest do grania...". Z tej definicji ostatnio notorycznie wyłamuje się pan Marek Kondrat.
Już się boję otworzyć własną lodówkę, żeby nie trafić na pana Kondrata udzielającego wywiadu, w którym mówi, że już nie może grać w tych polskich fimach czy serialach, bo wszystkie są żenujące, tandetne i kompletnie poniżej jego poziomu intelektualnego... Lepiej już zająć się winami... Jedzić po świecie i wybierać najleposze szczepy czy coś tam...
W moim osobistym konkursie na MEGALNASERA ROKU pan Marek Konrad pobija wszystkich warszawskim kabotynów! Taki Kuba Wojewódzki, to może mu najwyżej butelki z winami sztaplować w magazynie na zapleczu jego sklepu!
Ostatnio czytałem wywiad-rzekę z Alem Pacino. Powtarzał, że jak przez lata nie miał ciekawych propozycji z filmu, to grał w teatrach - co uważa za prawdzwa istotę aktorstwa. Grał Szekspira i takich tam niedzisiejszych pismaków...
No ale z kim ja porównuję Ala Pacino??? Trochę się zagalopowałem... Porównuje go z gościem, który zrobił dil stulecia na reklamie banku i teraz ma w dupie granie w teatrach czy gdziekolwiek...
Nasz premier nie ma własnego konta bankowego tylko wpłaca swoją pensję na konto mamy. Bardzo mi się to podoba. Gościu nie wszedł w system i za to go cenię… Bo sam zawsze miałem podobną obsesję… Długo walczyłem, żeby nie mieć konta. Bo zawsze to lepiej mieć gotówkę w reku a nie jakieś cyferki na koncie. Poza tym mając konto zawsze człowiek jest „w systemie”.
Może akurat jesteś w Pepciuszewie Niżnym nad Rabą i nie chcesz żeby ktokolwiek wiedział, że tam się ukrywasz… Ale wyjmiesz trochę kasy w tamtejszym bankomacie i już SYSTEM wie, gdzie jesteś…
Długo walczyłem o to żeby nie mieć konta. Padłem gdzieś tak w 1999 roku. W mojej ówczesnej pracy ostrzegli mnie, że nie zapłacą mi pensji jeśli nie założę konta w banku. I założyłem, niestety.